Przejdź do głównej zawartości

Potoczna pedagogika Jespera Juula

 



Bądź przewodnikiem wilczego stada. O pełnym miłości przywództwie w rodzinie - to tytuł książki duńskiego autora Jespera Juula, która ukazała się w Niemczech. Zapewne i ten "quasi - poradnik" dla rodziców zostanie wkrótce przetłumaczony na język polski, skoro na naszym rynku mamy już dziewięć książek tego autora, a mianowicie: 

Agresja - nowe tabu?; 

Być mężem i ojcem; 

Kryzys szkoły; 

Nastolatki. Kiedy kończy się wychowanie?; 

NIE z miłości. Mądrzy rodzice - silne dzieci; 

Przestrzeń dla rodziny; 

Twoja kompetentna rodzina. Nowe drogi wychowania; 

Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci poważniej? 

Uśmiechnij się! Siadamy do stołu. 


Nie jesteśmy liderem w krajach UE, jeśli chodzi o zdumiewającą fascynację wydawców tymi publikacjami, bo przewodzą tu Niemcy, ale niewątpliwie znajdujemy się w czołówce. Ciekawe, że książki dość banalne, powierzchowne, pisane z pozycji refleksyjnego rodzica, przyuczonego terapeuty stają się rzekomo bestsellerami. Jak świat światem zawsze byli pisarze-publicyści, którzy mają potrzebę dzielenia się swoimi ideami czy doświadczeniami ze społeczeństwem, a to, czy ono je przyjmie już nie ma dla nich takiego znaczenia. W tym jednak przypadku ma, skoro powstał w 16 krajach ruch afirmatorów pedagogii Jespera Juula pod nazwą Family-Lab. Są wśród wielbicieli jego poglądów Polacy, którzy powołali w tym celu Fundację Familylab Polska

Ciekaw jestem, czego uczą lub na co uwrażliwiają swoich "klientów", skoro poglądy Juula nie mają żadnego ukonstytuowania ani we współczesnej psychologii, ani tym bardziej w psychoterapii. Być może jego popularność sprzyja temu, by realizować własne, a wyuczone w toku studiów podejścia terapeutyczne, które nie mają przecież właściwego źródła, natomiast zawsze dobrze brzmią. Polacy bowiem od wieków, choć swój język i kulturę mają, uwielbiają powoływać się na obce "autorytety", a być może wyposzczeni w okresie socjalizmu wierzą, że wszystko, co zachodnie, jest od krajowego lepsze. Dlaczego nie sięgają po publikacje i praktyki polskich psychoterapeutów, którzy naprawdę mają co do powiedzenia i zaoferowania Polakom? 


Jak zajrzymy do księgarń, to niemalże wszystkie (szczególnie na dworcach kolejowych i w hipermarketach) mają dział "Poradniki", "Dla rodziców", "Opieka nad dzieckiem", "Literatura popularnonaukowa", w którym znajdziemy także przekłady Jespera Juula. Ten autor czyta głównie samego siebie i siebie powiela na różne sposoby, pełniąc rolę super-eksperta od wychowywania dzieci. Stał się więc męską super-nianią. Powód tego sukcesu jest oczywisty - pisze łatwo, lekko i przyjemnie, okraszając swoje spostrzeżenia, opinie, poglądy fragmentami dialogów z czasów, kiedy prowadził terapię rodzinną. Zna się zatem na wszystkim, co wiąże się z wychowaniem, a przynajmniej tak mu się wydaje.

Nic dziwnego, że i polska wersja skupionych wokół jego nazwiska młodych absolwentów studiów różnej maści - od pedagogiki, poprzez kulturoznawstwo aż po psychologię wykreowała okazję do prowadzenia różnego rodzaju kursów, szkoleń, terapii, które dotyczą rodziny, komunikacji, problemów egzystencjalnych itp. Terapeutą nie jestem, ale nauczycielem i owszem, toteż odniosę się do książeczki Duńczyka poświęconej tej instytucji. O tym, jak być przewodnikiem wilczego stada w rodzinie - zdaniem Jespera Juula - napiszę wkrótce.

Opublikowana ostatnio w naszym kraju książeczka pt. "Kryzys szkoły", w niemieckim wydaniu miała tytuł: "Szkoła w zawale. Co moglibyśmy uczynić, żeby dzieciom, rodzicom i nauczycielom było lepiej", nie wstrząsnęła ani opinią publiczną, ani nauczycielami, a tym bardziej uczniami czy ich rodzicami. Nie ulega jednak wątpliwości, że tego typu literaturę lubią czytać studenci studiów licencjackich, bo nie męczy ich umysłów, nie operuje terminologią naukową, nie odwołuje się do żadnych prawidłowości, zasad, struktur czy procesów, które naukowcy już opisali, wyjaśniali a nawet weryfikowali empirycznie.


Gabinetowa perspektywa oglądu szkoły jest w książeczce Juula przerysowana, a na dodatek jeszcze zbanalizowana. Jak każda wiedza potoczna, która jest wyprowadzana z własnej praktyki zawodowej, doświadczeń rodzicielskich czy profesjonalnych, ale unikająca wglądu w rzeczywiste uwarunkowania edukacji szkolnej, tak i autorstwa tego pedagoga staje się wyabstrahowaną chmurą idei, marzeń czy pomysłów. W tym przypadku mamy do czynienia z tworem luźnych, publicystycznych i częściowo także osobistych refleksji. Szerzej pisałem o tym w książce pt. "Innowacyjność w zarządzaniu edukacją" wydanej przez Polskie Towarzystwo Nauczycieli Twórczych pod red. Leszka Pawelskiego w Szczecinku.

Duński terapeuta mówi o kryzysie szkoły tak, jakby to ona sama w sobie była źródłem wszystkich dziecięcych nieszczęść. Sam jednak sobie zaprzecza, kiedy najpierw pisze: „Większość tak zwanych problemów z nauką u dzieci nie ma nic wspólnego ze szkołą” (s. 26), aby kilka stron dalej stwierdzić (a jest to wyróżnione nawet w ramce): „Nie powinniśmy już dłużej przechodzić do porządku dziennego nad tym, że współczesna szkoła niszczy integralność tak wielu osób”. (Tamże, s.35) To nawet nie jest eseistyka, tylko potoczność do granicy wytrzymałości na banał.

Autor kreuje swoją narracją sądy typu: „Pewna matka powiedziała mi kiedyś…”, „Myślę, że większość dorosłych przeżywa…”, „Wydaje mi się, że…” , „Dzisiaj najczęściej jest tak, że…”, „Wielu nauczycieli twierdzi, że…” itp. Zastanawiam się, czy rzeczywiście jest tak źle w duńskiej edukacji akademickiej, skoro po wielokroć duński autor zarzuca nauczycielom, że nie zostali czegoś nauczeni, do czegoś przygotowani, nie posiadają określonych umiejętności itd.

Juul dzieli się z nami banalnymi pytaniami typu: Czy szkoła ma tylko uczyć czy także wychowywać? Kto odpowiada za dzieci – rodzice czy szkoła? Czym jest dzisiaj psychologia szkolna, skoro w Niemczech ponad połowa uczniów ma poważne problemy adaptacyjne? Padają jednak demagogiczne argumenty w stylu: Jeśli spojrzymy na statystyki, to okaże się, że osiemdziesiąt procent najbardziej kreatywnych ludzi , którzy odegrali ważną rolę w życiu społecznym, naukowym czy politycznym, miało wielkie problemy w szkole. Byli dyslektykami albo wręcz nie dokończyli edukacji szkolnej.(Tamże, 23-24).

Nie przywołuje w tym przypadku żadnych danych źródłowych, nie powołuje się na jakiekolwiek badania naukowe Kim są ci najbardziej kreatywni i ilu ich de facto jest w Danii czy w Polsce w wymienionych grupach społecznych, a zarazem spełniających antyszkolne kryterium? Nie ulega wątpliwości, że autor coś czytał, skoro przywołuje jakieś badania każąc nam wierzyć, że miały one miejsce i warto się na nie powoływać. Tyle tylko, że nie podaje nawet żadnego nazwiska, źródła czy chociażby roku i miejsca ich realizacji. Ma nam wystarczyć przekaz typu: „Badacze zajmujący się szkoła doszli do wniosku, że…”. Są w tej książeczce wywiady Juula z jego znajomymi np. szwajcarskim psychologiem szkolnym, założycielem szkoły prywatnej w Hamburgu czy odpowiedzi na pytania jakichś rodziców, którzy prawdopodobnie byli z nim na jakimś spotkaniu autorskim czy prelekcji.

Poglądy Juula w tym sensie rozczarowują, że są pełne potocznych banałów typu: „bądźcie po stronie dziecka”, „mówcie mu, że je kochacie” itp. To jest dobre do kalendarza z wyrywanymi kartkami albo do memów. Dla mnie, jako afirmatora i badacza edukacji alternatywnej w świecie, już poprzedzające treść książki motto zapowiadało coś fascynującego. Juul pisze bowiem: „Nauczyciele, uczniowie i rodzice powinni razem wyjść na ulice i zaprotestować przeciwko obecnemu systemowi szkolnemu. Jeśli kiedyś do tego dojdzie, wstanę i pójdę razem z nimi”.

Pojawia się pytanie, do kogo Duńczyk kieruje powyższy imperatyw? Chyba nie do społeczności zamieszkującej w jego kraju, który określany jest mianem „edukacyjnej wyspy powszechnej szczęśliwości”? Czytając powyższą publikację możemy powrócić do emancypacyjnych westchnień, by w państwie przywrócono (…) poczucie jednakowej godności wszystkim uczestnikom systemu szkolnego.(s. 12) Tylko czy teza o utracie godności jest prawdziwa? Czy może jest to rzucony na wiatr pogląd, który nie znajduje powszechnego potwierdzenia w realiach naszego życia?

Podchodząc do tego filozoficznie, z perspektywy chociażby personalistycznej, nikt nie jest w stanie pozbawić człowieka jego własnej godności, o ile jest on w stanie świadomie o nią samemu się zatroszczyć zgodnie z wolną wolą (mamy w Polsce przykłady zachowania godności przez ludzi uwięzionych, katowanych, maltretowanych przez oprawców w okresie hitleryzmu czy stalinizmu itd.)

Juul ma jednak na uwadze kryzys szkoły spowodowany nie tylko rozkręconą przez polityków rywalizacją uczniów o jak najwyższe osiągnięcia szkolne, ale także wpływami komercyjnych firm globalnych, które uczyniły sobie z rzekomo naukowych badań międzynarodowych niezły biznes. Duńczyk ma tu na uwadze diagnozy PISA i pyta czy rzeczywiście chcemy tresować własne dzieci jak szczury do posłusznego wykonywania rozkazów? „Dzisiejsza szkoła do złudzenia przypomina fabrykę z pionierskich czasów industrializacji. (…) Pytanie tylko, czy nasze społeczeństwo rzeczywiście potrzebuje dzieci, które funkcjonują jak posłuszni robotnicy i robią wszystko, co szef każe?” (Tamże, s. 16)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Profesor poleca ankietę z błędami???!!

  Niestety, tak powstają fatalne doktoraty, a po nich habilitacje. Kompromitacja  nie dotyczy zatem tylko doktoranta.

Jawny i ukryty program wychowania przedszkolnego

  Przypominam książkę  Elżbiety Siarkiewicz  pt.  Ostatni bastion. Jawne i ukryte wymiary pracy przedszkola,  Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2000, bowiem mało kto wie o jej istnieniu i niezwykle ciekawym badaniu etnopedagogicznym, które zostało zastosowane i opisane.      Rozprawa pani E. Siarkiewicz doskonale wpisuje się w ten nurt realizmu krytycznego, który przejawia się zarówno w płaszczyźnie ontologicznej, jak i epistemologicznej. W tej pierwszej prowadzi do eksplikacji wewnętrznego świata życia i stosunków społecznych w instytucji opiekuńczo-wychowawczej jaką jest przedszkole, ukazując jak jest ono zróżnicowaną i zmieniającą się strukturą.  W drugiej zaś wiąże się z wypracowaniem racjonalnej i krytycznej aktywności naukowej badacza, pojmowanej jako zaangażowanie w ciągły proces empirycznie kontrolowanego wyjaśniania tych struktur na podstawie wytwarzanych przez nie zjawisk jawnej i ukrytej przemocy. Okazuje się bowiem, że w tej z poz...

Animacja samopotwierdzającej się hipotezy

Tym razem odniosę się do rozprawy, którą opublikowało Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego, a mianowicie  Beaty CYBORAN  pt.  Animacja w systemie zależności instytucjonalnych. Uwarunkowania rozwoju animacji społeczno-kulturalnej na tle polskiej polityki kulturalnej po 1989 roku.  Na stronie Wydawnictwa szacownej uczelni czytam: Animacja społeczno-kulturalna jako nowatorski sposób organizowania działalności społecznej i kulturalnej spopularyzowała się w Polsce z początkiem lat dziewięćdziesiątych XX wieku i stała się pewnego rodzaju odpowiedzią na dominującą w okresie PRL koncepcję scentralizowanego upowszechniania kultury. Innowacyjnością podejścia zafascynowani byli zarówno teoretycy, jak i praktycy działalności społeczno-kulturalnej, czego skutkiem stały się uruchomienie akademickich kierunków kształcenia w zakresie animacji, zmiana nazewnictwa wielu instytucji zajmujących się działalnością społeczno-kulturalną, a także organizacja rozlicznych spotkań słu...